Do pociągu wsiada dziewczyna
z wózkiem. Podchodzi pani
konduktor i, spojrzawszy na bilet,
prosi o legitymację szkolną. W wagonie
poruszenie. Sporo zaintrygowanych
oczu podnosi się znad gazet,
telefonów i tabletów, obserwując
młodą matkę. A ona pochyla się nad
około ośmiomiesięczną dziewczynką
i z troską wyciera jej twarz, całuje
rączki.
Na oddziale patologii ciąży jest
komplet pacjentek. Znam tylko kilka.
Tych, które mogą chodzić. Z powodów
zdrowotnych czekają na „cesarskie
cięcie”.
Inne leżą. Ofiarnie, bo za oknem
cudna pogoda, bo dni wolne, bo
w domu pozostały dzieci i tęsknią...
Leżą mimo obolałych już kości. Poddają
się nieprzyjemnym badaniom
i bolesnym zabiegom. Leżą całymi
tygodniami, wiedząc, że każdy dzień
jest na wagę złota dla rozwoju ich
maleństwa, i że muszą, dla ich dobra,
wytrzymać jak najdłużej.
Ale to nie koniec. Będzie jeszcze
niepokój o to, że zbyt długo nie
mówi, że z matematyką problemy,
że złamana ręka, że nie wraca na noc...
I pewnie wiele, wiele innych trosk
i wyrzeczeń.
Ale wystarczy uśmiech, najpierw
ten bezzębny, potem bez jedynek;
wystarczy stokrotka znaleziona
wśród traw i podarowana ot, tak;
wystarczy słówko, rysunek albo
„tylko” iskra radości w oczach dziecka,
a siły jakby nowe!
Dla mnie „matka” to synonim
słowa „służyć”. Pokornie, codziennie
od nowa, z cierpliwością, w bólu
i w radości. Nie bacząc co myślą
i powiedzą inni. Trwać w cichej
obecności. Oddawać siebie od
najwcześniejszych chwil dzieciątka
pod sercem, aż do śmierci. Oddając
zdrowie, czas, uwagę, emocje, swoje
pasje, przyzwyczajenia, wygodę...
Patrząc na swoje córki, które od
najmłodszych lat pragną być piękne
i z upodobaniem noszą korale,
z troską dbają o swoje lalki, chcą
pomagać i być przydatne, odnoszę
nieodparte wrażenie, że Bóg powołuje
nas, kobiety, przede wszystkim do
macierzyństwa. I daje nam cudowny
przykład – Maryję. I jestem przekonana,
że każda z mam, bez względu
na wiek, wiarę, bądź jej brak, zawód,
w głębi duszy odczuwa to posłanie.
I służą jak potrafią. Szukają porad,
inspiracji, przykładów. Czasem błądzą.
Czasem ranią.
Zbliża się święto matki. To wspaniała
okazja, by podarować swojej
mamie to, czego ona nam nie żałowała,
a co nie jest tak okazałe, rzucające
się w oczy, jak bukiet kwiatów,
pudełko czekoladek, czy talon na
zabiegi w salonie SPA. Ofiarujmy im
spacer, chwilę czasu, zainteresowania,
może przebaczenie... Zapytajmy
o marzenia, trudy, o młodość. Chyba
nie ma lepszej recepty na okazanie
wdzięczności i miłości niż wsłuchana
i wpatrzona obecność.
Wanda Mokrzycka
z wrocławskiej wspólnoty Duży Dom,
matka ośmiorga dzieci,
autorka artykułów dla Aleteia Polska
Zaufanie Bogu staje się tarczą obronną przed lękiem i obawą.
Koronawirus stał się tematem numer jeden, nawet jeśli na portalach informacyjnych nie jest już newsem na samej górze. Z jednej strony może trochę przywykliśmy do tego, że co rusz pojawiają się jakieś nowe informacje o zakażeniach, ofiarach... Z drugiej – przecież przywyknąć do takich wiadomości nie można. Warto jednak zadać sobie jedno podstawowe pytanie: czy bardziej zajmuje mnie koronawirus, czy może zastanawiam się, jak zachowuję się w tej sytuacji jako katolik? Wierzę, że Pan Bóg ma tu coś do powiedzenia, a może jedynie czekam na chwilę, gdy naukowcy wymyślą szczepionkę? Jaka jest nasza wiara w czasach zarazy? – o to pytamy w bieżącym numerze Niedzieli.
Specjalistyczna jednostka straży pożarnej z dwoma psami tropiącymi przeszukała w nocy z niedzieli na poniedziałek zawaloną oficynę na terenie liceum im. Słowackiego w Częstochowie. Nie znaleziono osób postronnych.
- Na placu szkolnym przy al. Kościuszki 8 zawaliła się konstrukcja budynku wyłączonego z użytkowania o wymiarach 4 na 6 metrów. Zadysponowaliśmy w sumie 14 zastępów straży pożarnej. O godz. 23 przybyła specjalistyczna jednostka z dwoma psami tropiącymi z Jastrzębia-Zdroju. Przeszukaliśmy rumowisko, nie było w nim osób postronnych - powiedział PAP mł. bryg. Marcin Caban, z-ca oficera prasowego w Komendzie Miejskiej Straży Pożarnej w Częstochowie.
Szósty dzień zapowiadał się na bardzo intensywny. Widać było, że na pielgrzymów czeka trudny odcinek drogi. Rzeczywistość okazała się prawie inna, a na końcu padały słowa: “Jak było pięknie”.
Pierwsza część drogi przebiegała przez trzy miejscowości połączone ze sobą. W Gubbio znajduje się wiele kościołów, ale na trasie był tylko jeden, taki przy wejściu do parku. Widać, że miał swoją piękną historię, a jest także odwiedzany przez pielgrzymujących do Asyżu, o czym świadczą wpisy w księdze pamiątkowej. Zasadniczo mapa wskazywała, że nic szczególnego w tej części drogi nie miało być. W zasadzie nie było, oprócz tego, że na jednym wzniesieniu obok drzewa wisiała kartka w języku angielskim, aby w razie chęci na kawę, czy wodę zadzwonić w dzwonek. Mając świadomość drogi i dalszej leśnej drogi, nie było lepszej opcji jak skorzystać. Młody Włoch, prowadzący w tym miejscu dom agroturystyczny, z radością przygotował kawę, która dodała energii na dalszą drogę- ostro w górę. Na trasie, już poza cywilizacją, znajdował się Erem San Pietro in Vigneto. To było na 16 km. Bardzo piękne i gościnne miejsce, gdzie służbę dla pielgrzymów odbywają wolontariusze. Szef, pan Benedetto, na starcie częstuje zimną wodą i espresso. A w tym miejscu odpoczynku można było spotkać innych pielgrzymów m.in. z Chorwacji. Zaskoczyło mnie bardzo, gdy usłyszałem łamany język polski. Była to siostra zakonna, która wraz z grupą włoską podąża także do Asyżu. (Jeżeli dobrze zrozumiałem). Po krótkim odpoczynku przyszła pora na ostatni etap. Najtrudniejszy, ale bardzo malowniczy. Jezioro di Valfabbrica dodawało uroku pięknym, górskim widokom. Minusem było to, że ¾ tego etapu szło się ostro w górę. Pod koniec drogi czekała mnie miła niespodzianka. Wyczerpany kilkoma kilometrami w górę, nagle dotarłem do zabudowań. Starsze małżeństwo zaczęło machać do mnie, żebym usiadł i odpoczął. Skorzystałem z tego zaproszenia. Niestety niefortunnie promienie słoneczne, a było w tym momencie tylko 31 stopni, zaczęły nagrzewać moją sutannę, lecz udało mi się wygospodarować kawałek cienia pod parasolem. Pani gospodyni zaproponowała tradycyjną włoską kawę, z domu słychać było intro “Mody na sukces”, gospodarz wskazał mi źródełko z chłodną wodą dla pielgrzymów. Dowiedziałem się, że w ich parafii posługuje ksiądz z Polski, ksiądz Krzysztof i, że bardzo tego kapłana szanują, wręcz kochają. Miło słyszeć takie słowa. Nie można też nadużywać gościnności, więc po wypiciu kawy i krótkiej rozmowie poszedłem dalej, w górę, kończąc ten etap drogi. Na zakończenie dnia Eucharystia. Asyż coraz bliżej.
W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.