Reklama

Rodzina

Między pomocą a przemocą

Polityka antyprzemocowa powinna balansować między ochroną dzieci przed przemocą a ochroną ich prawa do wychowania w biologicznej rodzinie. Niedawna i głośna już interwencja rzecznika praw dziecka jest przykładem zburzenia tej równowagi.

2026-10-06 14:29

Niedziela Ogólnopolska 41/2026, str. 10-11

[ TEMATY ]

gorący temat

Adobe Stock

Dodaj nasz portal do preferowanych źródeł Google
Artykuły z niedziela.pl będą pojawiać się częściej w Twoich wynikach wyszukiwania

Brak reakcji sąsiadów, urzędników, służb i sądu doprowadził do głośnej w Polsce śmierci Kamilka z Częstochowy. Choć chłopczyk był pod opieką wielu instytucji, to nikt nie zauważył, że dziecko przez lata było katowane. Oprócz ojczyma i matki, czyli bezpośrednich sprawców śmierci dziecka, żaden urzędnik i funkcjonariusz nie poniósł konsekwencji za niedopełnienie obowiązków. Prokuratura umorzyła postępowania, bo wszystkie formalności urzędnicze zostały dopełnione, czyli wszystko jest w porządku, a „jedynie” dziecko nie żyje.

Trzy lata później, w sierpniu 2026 r., na warszawskiej Białołęce zdenerwowana kobieta szarpie i krzyczy na dziecko, które jest nieposłuszne i wbiegło na ulicę. Akcja dzieje się na przystanku, gdzie na autobus czeka Monika Horna-Cieślak, rzecznik praw dziecka, która postanawia interweniować. Zwraca zdenerwowanej kobiecie uwagę, że używa przemocy wobec dziecka. Między kobietami dochodzi do awantury, matka chłopca używa niecenzuralnych słów. W efekcie Horna-Cieślak wzywa policję i domaga się odebrania kobiecie dzieci.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Przemoc instytucjonalna

Reklama

Te wydarzenia z 2023 r. i 2026 r. dobitnie pokazują dwie przeciwstawne skrajności. W przypadku Częstochowy zawiodło wiele instytucji, które powinny chronić chłopca przed przemocą i śmiercią. Przykład z Warszawy należy jeszcze starannie wyjaśnić, ale wiele wskazuje na to, że tym razem doszło do nadgorliwości ważnego urzędnika. Obie te historie łączy postać adwokat Moniki Horny-Cieślak, która całą karierę prawniczą poświęciła ochronie praw dzieci. To ona asystowała przy ustawie tzw. Lex Kamilek, która w Sejmie uzyskała poparcie całej sceny politycznej. Mimo wcześniejszej współpracy z rządem PiS-u po zmianie władzy Horna-Cieślak uzyskała nominację i poparcie rządowej koalicji na stanowisko Rzecznika Praw Dziecka (RPD).

Sprawa interwencji z Białołęki została nagłośniona, gdy portal Zero.pl opisał całą historię i przytoczył orzeczenie sądu. Po awanturze na przystanku RPD poszła za matką z dziećmi do jej bloku. Szarpiąc się, próbowała wedrzeć się na klatkę schodową. Na miejsce przyjechała policja, która weszła do mieszkania. Funkcjonariusze przesłuchali rodziców, sporządzili notatkę i sprawdzili warunki, w jakich przebywały dzieci. Nie widzieli podstaw, by odebrać rodzicom dzieci, ale przez kilka dni w mieszkaniu pojawiały się kontrole. Dzieci zostały zabrane 2 dni później – w sobotę wieczorem ok. godz. 22. Policjanci weszli do mieszkania i wręczyli rodzicom zakaz zbliżania się do dzieci, które ostatecznie trafiły do domu dziecka.

Nadużycie władzy

Reklama

Zmiana decyzji policji nastąpiła po specjalnym spotkaniu rzecznika praw dziecka w Komendzie Stołecznej Policji w świąteczną sobotę 15 sierpnia. W poniedziałek 17 sierpnia sprawą zajął się sąd, który nakazał natychmiastowe oddanie dzieci rodzicom i przeprowadził gruntowną krytykę interwencji RPD. Okazuje się, że policja odmówiła interwencji, kurator sądowy też nie widział podstaw do odebrania dzieci, a sąd nazwał działania wobec rodziny „przemocą instytucjonalną”, bo były rażąco nieproporcjonalne do zaistniałego zdarzenia. „Duże zdziwienie, a wręcz głęboki niepokój Sądu budzi przy tym osobisty udział (RPD – przyp. red.) w tych wszystkich czynnościach, w których występowała ona jako osoba bezpośrednio i chyba emocjonalnie zainteresowana wynikiem sprawy. Co więcej, jej brak dystansu do sprawy ujawnił się – zdaniem Sądu – również na sali rozpraw. W przekonaniu Sądu zachowanie to może świadczyć o zbyt osobistym, wręcz prywatnym zaangażowaniu w przedmiotową sprawę i próbie wykorzystania autorytetu piastowanego urzędu do przeforsowania z góry założonej tezy o konieczności zabrania dzieci” – czytamy w postanowieniu sądu.

Sąd jednoznacznie stwierdził, że w sprawie jest zbyt wiele prywatnych emocji, a odebranie dzieci i skierowanie ich do domu dziecka jest dla nich traumą. Z tego powodu interwencja RPD była działaniem na szkodę tych dzieci, bo ich zdrowiu i życiu nie zagraża niebezpieczeństwo w biologicznej rodzinie. Sędzia wskazał również, że najlepszym środowiskiem dla emocjonalnego rozwoju dzieci jest właśnie rodzina, co wcale nie oznacza, że nie ma żadnych zastrzeżeń i wymagań wobec rodziców. Zalecił im nadzór kuratorski i wsparcie pomocy społecznej, by rodzina mogła stanąć na nogi.

Dwa światy

Reklama

Konsekwencją interwencji rzecznika praw dziecka jest kilkudniowy pobyt dzieci w placówce zbiorowej opieki nad dziećmi, która w Warszawie nie cieszy się zbyt dobrą sławą. Dzieci mogą mieć traumę po takich doświadczeniach, tym bardziej że straciły dom, z którego zostały zabrane przez policję. Ciągłe naloty służb i policji doprowadziły do tego, że właścicielka wynajmowanego mieszkania rozwiązała umowę i kazała rodzinie się wyprowadzić. Matka dzieci mówi, że sprawy tak nie zostawi i będzie domagała się odszkodowania. Pewnie znajdą się prawnicy, którzy pomogą rodzinie, ale obok tego posypały się również doniesienia do prokuratury na działania p. Horny-Cieślak. Jest też wniosek o odwołanie jej z urzędu, co niekoniecznie jest politycznie dobrym rozwiązaniem, bo przykład nowej pani rzecznik praw obywatelskich pokazuje, że obecna władza może znaleźć kogoś gorszego i skrajnie ideologicznego.

W Ustawie o Rzeczniku Praw Dziecka zapisano, że urząd ten ma szczególnie chronić dzieci, ale z uwzględnieniem ich naturalnego środowiska, którym jest rodzina. Zadaniem rzecznika jest więc obrona dzieci i ich praw, a jednym z tych praw jest prawo do rodziny. W przypadku interwencji na warszawskiej Białołęce ta równowaga została brutalnie naruszona. Dlaczego tak się stało?

Na warszawskim przystanku doszło do zderzenia dwóch światów – kobiety, która jest ważną urzędniczką państwową, i prostej kobiety, której rodzina ma problemy i z trudem wiąże koniec z końcem. Doszło do ostrej kłótni i być może górę wzięły też zwykłe emocje. Monika Horna-Cieślak całe naukowe i zawodowe życie zajmuje się ochroną dzieci przed przemocą. Może w jej postrzeganiu świata doszło do skrzywienia zawodowego – jak u policjanta kryminalnego, który wszędzie widzi przestępstwa. Pani Rzecznik nie ma dzieci i na co dzień nie musi zmagać się z nastrojami kilkulatka, który z jakiegoś powodu np. nie chce iść do przedszkola, więc nie chce wstać z łóżka, zjeść śniadania, umyć zębów, włożyć butów, kurtki, a po drodze urządza „sceny buntu”. Każdy rodzic, który zmaga się lub zmagał z takimi sytuacjami codziennie, ma więcej tolerancji, gdy widzi scysję między rodzicem i dzieckiem w miejscu publicznym. Życiowe doświadczenie codziennej opieki nad dziećmi jest czymś więcej niż tylko teoretyczną, prawniczą wiedzą. Nie wszystkie dzieci są „aniołkami”, a ich rodzice też nie zawsze mają do nich anielską cierpliwość.

Szkody dla systemu

Adwokat Monika Horna-Cieślak ma wiele zasług na polu ochrony dzieci przed przemocą, jak choćby wspomniana już praca przy tzw. ustawie Kamilka. Być może w tym przypadku też kierowała się dobrymi intencjami, bo subiektywnie była przekonana, że tym dzieciom grozi niebezpieczeństwo. Gdy jednak sytuacja została sprawdzona przez policjantów, kuratora i sąd, powinna odpuścić i wejść na drogę standardowego postępowania w takich sytuacjach. Jej postępowanie wywołało traumę całej rodziny. Pani rzecznik przyczyniła się w ten sposób do skrzywdzenia dzieci, które tak bardzo chciała chronić. Wyrządziła też wielką szkodę polskiemu systemowi ochrony dzieci przed przemocą, któremu poświęciła wiele lat zawodowego życia.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Oceń: +1 -2 dodaj do źródeł Google

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Za późno i nieskutecznie

Sześć minut – tyle rosyjski pocisk rakietowy dużego kalibru leciał nad Polską, zanim eksplodował na polu w Tarnawie-Kolonii. Syreny uruchomiły alarm dźwiękowy, ale mieszkańcy Lubelszczyzny nie dostali żadnej informacji, co się dzieje i jak powinni się zachować.

Rakieta, która 30 lipca naruszyła polską przestrzeń powietrzną i spadła na Lubelszczyźnie, była rosyjską rakietą Ch-101, która może przenosić nawet głowice jądrowe – poinformował wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk. Jak dodał, nie wiadomo jeszcze, czy rakieta była wymierzona w Polskę intencjonalnie. Takie oświadczenie mrozi krew w żyłach. Jeżeli Ministerstwo Obrony Narodowej tego nie wie, to znaczy, że według niego, rakieta mogła być skierowana do Polski w pełni świadomie. W celu rozpoznania polskiej gotowości obrony powietrznej lub przygotowania konkretnego ataku.
CZYTAJ DALEJ

Trzecia rocznica śmierci dr Wandy Półtawskiej. Jaka była przyjaciółka św. Jana Pawła II?

"Nie mogę zrozumieć i nigdy tego do śmierci nie zrozumiem, że kobieta może chcieć zabić własne maleństwo w jej własnym ciele" - ta myśl towarzyszyła jej przez całe życie. Mija właśnie trzecia rocznica śmierci dr Wandy Półtawskiej - harcerki, żony i matki, lekarki, współpracowniczki i przyjaciółki św. Jana Pawła II, organizatorki poradnictwa rodzinnego, a nade wszystko obrończyni życia. Była więźniarką obozów koncentracyjnych i ofiarą okrutnych eksperymentów medycznych, której udało się nie znienawidzić oprawców. Zmarła 24 października 2023 r. Wskazywana jest obok takich postaci jak św. Katarzyna ze Sieny czy św. Hildegarda z Bingen jako przykład zaangażowania i przywództwa kobiet w Kościele.

Gdyby żyła, wkrótce skończyłaby 105 lat. Urodziła się 2 listopada 1921 r. w Lublinie w rodzinie Anny i Adama Wojtasików. Uczyła się w szkole Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej w Lublinie i należała do IV Lubelskiej Drużyny Żeńskiej im. Orląt Lwowskich. Już jako 15-latka została drużynową.
CZYTAJ DALEJ

Zagrożona przyszłość klasztoru oo. Dominikanów na warszawskim Służewie. Zakonnicy apelują o modlitwę

2026-10-24 19:26

[ TEMATY ]

oświadczenie

dominikanie

Dominikanie

Rada m.st. Warszawy przyjęła miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który – zdaniem dominikanów – stanowi bezpośrednie zagrożenie dla dalszego funkcjonowania i misji duszpasterskiej ich klasztoru na Służewie. Dokument blokuje nie tylko rozwój, ale nawet podstawowe remonty, zmuszając zakonników do funkcjonowania w warunkach zagrażających bezpieczeństwu.

W połowie października warszawscy radni przegłosowali plan zagospodarowania „Służew w rejonie Klasztoru oo. Dominikanów”. Przeor klasztoru, o. Lucjan Sobkowicz OP, wydał w tej sprawie oświadczenie, w którym stanowczo protestuje przeciwko przyjętym rozwiązaniom. Jak podkreśla, plan w praktyce przekształca teren klasztoru w skansen, uniemożliwiając prowadzenie i rozwijanie działalności duszpasterskiej oraz społecznej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję